Dlaczego każdy nowy związek kończy się rozczarowaniem? Wywiad z Beatą Kotleszką – psychoterapeutką.

Beata Kotleszka - psycholog po polsku w Niemczech
O tym, dlaczego wracamy do toksycznych relacji, skąd bierze się przyciąganie do osób, które nam szkodzą i czy można to zmienić rozmawiamy z Beatą Kotleszką, polską psychoterapeutką pracującą w Erkrath w Niemczech oraz online. W rozmowie z naszą redakcją specjalistka opowiada o tym jak pomaga osobom, uwikłanym w niszczące związki, zrozumieć siebie i wyjść z błędnego koła.

Dziewięć na dziesięć kobiet wychowanych w domach z problemem alkoholowym, mimo że świadomie dążą do czegoś zupełnie innego, trafią w dorosłym życiu na partnera odtwarzającego ten sam, destrukcyjny schemat. To nie pech. To nie zły gust. To głęboko zakorzeniony mechanizm neurologiczny, który jest możliwy do zmiany, ale tylko wtedy, gdy najpierw go nazwiemy.

Z Beatą Kotleszką rozmawia Barbara Gnoza

Barbara Gnoza: Pani Beato, wiele osób, które trafiają do pani gabinetu, opisuje podobne doświadczenie – każdy nowy związek kończy się rozczarowaniem, choć za każdym razem liczyły, że będzie inaczej. Skąd ten schemat?

Beata Kotleszka: To jedno z najczęstszych doświadczeń moich klientów i klientek. Przychodzą z różnymi historiami, ale wspólny mianownik jest ten sam: wzorzec. Wchodzą w kolejny związek z nadzieją, że tym razem będzie inaczej i znowu trafiają na kogoś emocjonalnie niedostępnego, manipulującego albo uzależnionego. To nie jest zbieg okoliczności ani pech. Mózg aktywnie szuka tego, co zna. A jeśli w dzieciństwie nauczył się, że miłość wiąże się z napięciem, lękiem i bólem, będzie właśnie tego szukał.

B.G.: Czy to znaczy, że nasze wybory miłosne w ogóle nie są wolne?

B.K.: To głęboka i ważna kwestia. Powiedziałabym, że są wolne, ale nie do końca. Wybory, które nam się wydają spontaniczne, intuicyjne, wynikające z chemii, w rzeczywistości bardzo często są wyborami z potrzeby, a nie z wolności. Neuropsychologia opisuje to pojęciem rezonansu psychologicznego. Nasz mózg rozpoznaje znajome wzorce emocjonalne i odpowiada na nie silnym pobudzeniem. Osoby po tzw. przejściach, po prostu nie zauważają osób spokojnych, stabilnych, życzliwych, bo one nie wywołują w nich silnej reakcji. Natomiast ktoś, kto niesie ze sobą emocjonalny chaos, natychmiast przyciąga ich uwagę. I mylą to pobudzenie z miłością.

B.G.: Skąd w tych osobach te wzorce? Czy zawsze wynikają z dzieciństwa?

B.K.: Bardzo często tak, choć nie zawsze w sposób oczywisty. Psychologia od dawna wskazuje na związek między doświadczeniami z wczesnych lat życia a tym, jak budujemy relacje w dorosłości. Dziecko uczy się, czym jest miłość i bezpieczeństwo, obserwując środowisko, w którym dorasta. Jeśli dom był miejscem nieprzewidywalności, napięcia, emocjonalnego bólu lub nieobecności, mózg zakoduje to jako punkt odniesienia. I w dorosłości będzie szukał właśnie tych klimatów, bo są mu znajome. Psychotraumatologia mówi wprost: ludzie z podobnym poziomem rany psychologicznej wzajemnie się przyciągają. To konkretny mechanizm neurobiologiczny, nie metafora.

B.G.: Mówi pani o ranie psychologicznej. Co to dokładnie oznacza?

B.K.: Rana psychologiczna to ślad, który zostawiają w nas trudne doświadczenia – szczególnie te z dzieciństwa, kiedy nie mieliśmy zasobów ani narzędzi, żeby je przepracować. Może to być trauma – przemoc, zaniedbanie, alkohol w domu. Ale może to być też coś subtelniejszego: rodzic emocjonalnie niedostępny, dom pełen napięcia, brak poczucia bezpieczeństwa. Te doświadczenia kształtują to, jak postrzegamy siebie, innych ludzi i relacje. I ta rana rezonuje ze znajomymi kwestiami emocjonalnymi – prowadzi nas ku osobom, które te schematy odtwarzają, nawet jeśli świadomie bardzo tego nie chcemy.

B.G.: Używa pani pojęcia Syndrom Córki Pijaka. Co kryje się za tą nazwą?

B.K.: To pojęcie z psychotraumatologii, które – mimo dość dosłownej nazwy – nie jest diagnozą medyczną. Służy opisaniu bardzo konkretnego mechanizmu. Wyobraźmy sobie dziesięć dziewczynek wychowanych w domach z problemem alkoholowym. Każda z nich jako dorosła kobieta pragnie odmiennego życia. Wyprowadza się, zaczyna od nowa, tworzy nową rodzinę. A mimo to, statystycznie aż dziewięć z nich,  trafia na partnerów, którzy odtwarzają tamten dobrze znany schemat. Nie dlatego, że tego chcą. Dlatego, że w środowisku napięcia, nieprzewidywalności i emocjonalnego chaosu czują się kompetentne. Wiedzą, jak przeżyć. Wiedzą, kiedy wstrzymać oddech. Nowe, spokojne środowisko je  dezorientuje.

Beata Kotleszka - psycholog po polsku w Niemczech

B.G.: To brzmi jak paradoks – uciekać od czegoś, by do tego wracać.

B.K.: Dokładnie tak to działa i właśnie dlatego jest tak trudne do zrozumienia zarówno dla samych zainteresowanych, jak i dla ich bliskich. Środowisko emocjonalnego spokoju może być wręcz niepokojące dla kogoś, kto nigdy go nie zaznał. Brak dramatu odczytywany jest jako brak intensywności. Brak intensywności – jako brak miłości. Toksyczny związek daje złudne poczucie, że coś się dzieje, że to jest prawdziwe i żywe. Spokojny partner wydaje się nudny, nieciekawy. To odwrócenie rzeczywistości, które jednak dla układu nerwowego jest jak najbardziej logiczne.

B.G.: Wspomniała pani o lęku przed porzuceniem. Jak to się wpisuje w ten obraz?

B.K.: Lęk przed porzuceniem to jeden z najczęstszych skutków traumy relacyjnej i paradoksalnie nie chroni przed wchodzeniem w trudne relacje. Wręcz przeciwnie, popycha ku nim. Osoba z głębokim lękiem przed porzuceniem na poziomie nieświadomości spodziewa się trudów, dramatów, walki o uwagę. I właśnie w tych warunkach czuje się naprawdę zaangażowana. Związek, w którym wszystko jest jasne i bezpieczne, wywołuje niepokój, bo ta cisza jest nieznana. Nierzadko słyszę od klientów: „on jest za dobry dla mnie”, „jest jakoś za spokojnie”. Tak właśnie przemawia lęk przed porzuceniem.

B.G.: Jak wygląda toksyczna relacja od środka? Czy osoby w nią uwikłane widzą, co się dzieje?

B.K.: Rzadko. Przynajmniej na początku. Toksyczna relacja najczęściej nie zaczyna się od czerwonych flag. Zaczyna się od silnego przyciągania, ekscytacji, poczucia, że to jest właśnie TO. To intensywne zakochanie może być pierwszym sygnałem alarmowym. Dopiero z czasem pojawiają się ból, poczucie winy, wstyd, manipulacja, lęk. I nawet wtedy wiele osób nie jest w stanie odejść. Tkwią, bo ta relacja jest im znajoma na poziomie głębszym niż rozum. I bardzo często siebie za to obwiniają.

B.G.: Co pani mówi osobom, które obwiniają siebie za swoje wybory miłosne?

B.K.: Że to nie jest ich wina. Naprawdę. To nie jest słabość charakteru, zły gust ani brak silnej woli. To wyuczony mechanizm neurologiczny. Mózg robił to, czego się nauczył – szukał tego, co znane, bo znane interpretuje jako bezpieczne. To różnica między odpowiedzialnością a winą. Możemy brać odpowiedzialność za zmianę,  ale obwinianie siebie za to, co było reakcją na trudne doświadczenia, jest niesprawiedliwe i nieskuteczne terapeutycznie. W mojej pracy zaczynam właśnie od tego miejsca – od zdjęcia z człowieka ciężaru wstydu.

B.G.: Co jest najtrudniejsze w pracy z osobami wychodzącymi
z toksycznych relacji?

B.K.: Najtrudniejsze jest to, że zmiana nie następuje przez decyzję ani przez postanowienie. Powiedzenie sobie „następnym razem będę mądrzejsza” nie wystarczy, bo wzorzec działa poniżej poziomu świadomej decyzji. Dlatego sama silna wola rzadko przynosi trwałe efekty. Potrzebna jest praca na głębszym poziomie – zrozumienie doświadczeń z dzieciństwa, stopniowa przebudowa wzorców przywiązania, nauka rozpoznawania zdrowych relacji. To wymaga czasu i cierpliwości. Najważniejsza jest jednak bezpieczna relacja z terapeutą, która sama w sobie pomaga leczyć emocje i daje nowe, dobre doświadczenie.

B.G.: Czy zdarza się, że ktoś przychodzi do pani z zupełnie innym problemem, a podczas terapii odkrywacie ten schemat?

B.K.: Bardzo często. Przychodzą z uzależnieniem, z bezsennością, z wypaleniem zawodowym, a w toku pracy odkrywają coś znacznie głębszego. Schemat toksycznych relacji bywa ukryty pod różnymi objawami. Czasem jest to depresja, czasem chroniczny stres, czasem poczucie pustki pomimo pozornie udanego życia. To właśnie pokazuje, jak głęboko wzorce relacyjne wnikają w całe nasze funkcjonowanie – nie tylko w życie miłosne.

B.G.: Jak przebiega terapia? Od czego pani zaczyna?

B.K.: Zaczynam od słuchania. Od zrozumienia historii danej osoby – nie tylko tej aktualnej, ale tej wcześniejszej, z dzieciństwa, z domu. Nie można przepracować czegoś, czego się nie rozumie. Dopiero gdy klient lub klientka zaczyna widzieć połączenia między tym, czego doświadczyli jako dzieci, a tym, co wybierają jako dorośli, możemy zacząć pracę nad zmianą. Następnie stopniowo przebudowujemy wzorce przywiązania i uczymy się rozpoznawać, co w relacji jest zdrowe. To nie jest jednorazowy wgląd. To proces – żmudny, ale naprawdę możliwy.

B.G.: Co może zrobić ktoś, kto czyta ten wywiad i rozpoznaje w nim siebie, ale jeszcze nie jest gotowy na terapię?

B.K.: Pierwszy krok, który można zrobić już teraz, to obserwacja. Zacząć zauważać swoje reakcje emocjonalne na nowo poznawane osoby. I zadawać sobie pytanie: czy to przyciąganie wynika z autentycznej bliskości wartości, czy ze znajomych schematów emocjonalnych? Czy ta osoba wywołuje we mnie spokój, czy napięcie? Czy czuję się przy niej bezpiecznie, czy ciągły niepokój? Nie trzeba od razu rozumieć wszystkiego. Wystarczy zacząć zadawać właściwe pytania. To jest już bardzo dużo.

B.G.: Czy naprawdę można wyjść z tego schematu? Naprawdę się zmienić?

B.K.: Tak. I to jest wiadomość, z którą chcę, żeby każdy wyszedł z tej rozmowy. Można nauczyć się wybierać z wolności, a nie z potrzeby. Można zbudować relację, w której spokój nie jest nudny, tylko bezpieczny. Można przestać rozpoznawać miłość tylko przez pryzmat bólu. To wymaga pracy, ale jest możliwe. Widzę to w swoim gabinecie. Widzę to u ludzi, którzy przyszli do mnie ze wstydem i bezsilnością, a po czasie zaczynają wybierać inaczej. To jest dla mnie największa satysfakcja z tej pracy.

* * *Beata Kotleszka – polska psychoterapeutka, pracuje stacjonarnie w gabinecie w Erkrath (Niemcy) oraz online z Polakami z całego świata. Specjalizuje się w terapii traumy, wzorców relacyjnych i pracy z osobami doświadczającymi trudności w budowaniu zdrowych związków.